Posty

...to nie tak miało być ...

Obraz
Ogarnęłam się na tyle, by wreszcie zdać Wam relacje z naszej wycieczki do Kurnika. Ale właśnie otrzymałam wiadomość o pogrzebie w rodzinie. Zmarła osoba, jest daleką krewną, ale bliską mi osobą. Dzieciństwo i młodość spędziłyśmy właściwie razem, później zawsze mogłam na nią liczyć. Wszystkie większe domowe uroczystości, przygotowywałyśmy zawsze razem. Tak, bo kiedyś takie uroczystości jak chrzty, komunie, wszelkie rocznice organizowało się w domu, a nie jak teraz w restauracjach. Jak tylko zbliżała się u nas w domu jakaś większa uroczystość rodzinna dzwoniłam do Krysi. Krysia przyjeżdżała, i potrzebne nam było 1,5 dnia, by zorganizować np. przyjęcie komunijne na 20 osób, czy przysięgę, a po ukończeniu studiów promowanie na oficera mojego syna na ponad 30 osób. Rozumiałyśmy się bez słów. Przez ostatnie dziesięć lat nasze kontakty się bardzo rozluźniły, co prawda wpadałam ją odwiedzić, kiedy byłam w swoich rodzinnych stronach, ale na tym się kończyło. Kiedy przeszła na emerytur

Drama po mojemu.

Obraz
Mój laptop jeszcze nie naprawiony i nie wiadomo czy warto będzie go naprawiać. Tak orzekł OMW, a w tym temacie to akurat ja mu wierzę w to co mówi. Na razie mam sobie korzystać z jego nie potrzebnego mu już „starego rzęcha” a później się zobaczy… Trochę się zezłościłam , że co mnie tu będzie jakimś nieboszczykiem uszczęśliwiał, ale się okazało, że ten „stary rzęch” szybciej pracuje niż ten mój, zanim się popsuł. Tylko nie mogę się na nim połapać gdzie co jest i czasem jakimś nieopatrznym kliknięciem nie tam gdzie trzeba wszystko mi ucieka w kosmos. Ale życie bez komputera też ma swoje plusy. Pod koniec ubiegłego tygodnia   nie odciągana przez buszowanie w necie umyłam   (razem ze Ślubnym oczywiście) okna od zabudowy balkonu. Co prawda mieli to zrobić syn z wnukiem w sobotę, ale „z nudów” tak mnie naszło, ze Ślubny je wyjmował z prowadnicy, a ja myłam i czyściłam, jakoś udało nam się wstawić je na swoje miejsce i do wiosny jest spokój. Syn nam tylko palnął niezłą mówkę, że „k

Dni płyną jak chcą.

Obraz
Z mojej niestrawności i zmęczenia po podróży wygrzebałam się stosunkowo szybko, ale przez tydzień słaba byłam jak motyle skrzydło. Później postawiła mnie do pionu adrenalina. Ale nie życzę nikomu takiej metody stawania na nogi. Zachorował sąsiad, objawy podobne do moich, czyli jakieś zatrucie lub jelitówka. Ale sąsiad jest sporo po dziewięćdziesiątce, wyglądało to bardzo źle. Lekarze kierowali go do szpitala, ale facet uparł się, ze nie i że „umierał będę w domu.” Każdy ma prawo wybrać sobie miejsce, gdzie chce ten świat opuścić i nic nikomu do tego, ale … Ale sąsiad się uparł, ze w to ja mam mu w tym pożegnaniu tego „cyrku na kółkach” towarzyszyć. Ups, to mi się nie spodobało. Ponieważ jego córka była w tym czasie na działce (100 km od miejsca zamieszkania) sugeruję mu, ze trzeba ją o wszystkim powiadomić. Sąsiad na to, ze „zabrania, bo mu będzie lamencić i zepsuje mu jego ostatnie chwile” i że „długo to nie potrwa, więc się nie mam martwić, ze zajmie mi dużo czasu”. I jes

Anons.

Obraz
Kochani, wróciłam i żyję. Choć ledwo zipię, to od dzisiaj idzie ku lepszemu. Nie zmogła mnie podróż i żywienie się w różnych hotelach i restauracjach, a po powrocie, już w domu zmogła mnie kiść winogron. Starannie umyta, mimo to przewróciła mi przewód pokarmowy na drugą stronę. Przez dwa dni żyłam na kroplówkach (dobrze, ze jest synowa, która takie sprawy ogarnia), dzisiaj jest już kleik, na obiad zupa z ryżu i marchwi na kolacje czerstwa bułka. Wyjazd bardzo udany, wrażenia pozytywne, chociaż pogoda nie końca dopisała. Jak tylko wrócę do jako takiej normalności to się odezwę.     

No to jadę ...

Obraz
Przy niedzielnym obiedzie córka powiedziała – Mamo, jedziemy na zaplanowany w ubiegłym roku babski wyjazd. Kiedy? Pytam się jej grzecznie, ale myślę sobie- „nie w najbliższym czasie, bo mi się nie chce”. W ten czwartek, pada odpowiedź. Wnuk protestuje, ze on się nie zgadza, on też chce jechać. Ślubny cmoka coś pod nosem niezadowolony i powiada   - zły wybór, bo pogoda będzie do bani. Ja nieśmiało mruczę, ze może jeszcze nie teraz, że może pod koniec miesiąca. Wnuczka mówi z wyrzutem – babciu, jak Ty się teraz nie zgodzisz to znowu nam wyjazd przepadnie. Córka stawia sprawę jasno – jedziemy w czwartek, koniec dyskusji, Staś zostaje z dziadkiem. Po takim dictum sprzeciwów już nie było – jedziemy w czwartek rano. W poniedziałek do południa telefon od córki – mamo, chyba nie jedziemy, w pracy mi się posypało. Ok. – dla mnie dobrze. Wieczorem rozmawiamy przez telefon i córka mówi – ten nasz wyjazd, to jeszcze nie do końca jest pogrzebany. Wczoraj rano było na tak, znaczy się,

To już dwadzieścia lat...

Dziś 11 września. Od dwudziestu lat ta data wywołuje we mnie wiele emocji, działa na mnie bardziej niż data 1 września czy 1 sierpnia. 11 września 2001 pamiętam doskonale, w pracy był młyn, drukowałam jakieś dokumenty więc radio było wyłączone. Przed wyjściem do domu przysiadłam na chwilę, by napić się herbaty, którą zrobiłam sobie rano, włączyłam radio… Na początku nawet nie zwróciłam uwagi o czym mówi spiker, ale jego głos by bardzo przejęty, podekscytowany … O czym on mówi? … O Boże!, jaka straszna katastrofa! – pomyślałam. Wracając samochodem z córką (odbierała mnie z pracy wracając z wykładów) rozmawiałyśmy o tym i wtedy rodzi się pytanie – jak to możliwe, ze pilot nie zauważył przeszkody? W domu włączyłyśmy wszystkie telewizory (trzy), każdy na inną stację i wtedy wszystko stało się jasne. Na naszych oczach walą się dwa potężne budynki. Składają się jak domki z kart… To nie katastrofa, to zamach. Co będzie dalej…. Prawdę mówiąc, mimo wielokrotnie powtarzanych obr

Jak ruszyć z miejsca?

Obraz
Kiedy wnuczęta wróciły do swojego domu a u nas zapadła błoga cisza i spokój pomyślałam sobie – no, teraz to wypocznę do woli a i czasu będę miała tyle, ze nie będę wiedziała co z nim zrobić. Ale jak tak dobrze przyjrzałam się otoczeniu, to już wiedziałam, że jeżeli chodzi o czas, to będę go miała w całości zagospodarowany. Wszak prawie przez cały sierpień sprzątało się tylko „rynek” tzn. po łebkach i tylko to, co było widać. A więc postanowiłam, ze biorę się za odgruzowanie mieszkania. Ale, że ogarnął mnie wielki lenis nierobus, więc wytłumaczyłam sobie, ze posiedzę jeszcze troszkę, przejrzę jakąś książkę, a potem już ruszę z kopyta i szybko ogarnę chałupę. I co? Ano siedziałam z książką* do soboty, a wokół mnie, mimo, ze nie było dzieci tworzył się bałagan. Słowo daję, sam się tworzył! W sobotę pojechaliśmy na cmentarz dla zwierząt, bo zaniedbałam trochę ten mój obowiązek i nie byłam tam już prawie dwa miesiące. Ogarnęłam miejsce spoczynku Pichandry i Bandyty, posadziłam im