Posty

Tak sobie czasem myślę ...

Obraz
Tak sobie czasem myślę (ale tylko czasem, bo w obecnych czasach myślenie nie jest wskazane)… no więc tak sobie myślę, że … Nasi dziadkowie mieli pierwszą wojnę światową, nasi rodzice mieli drugą wojnę światową. A moje pokolenie ma koronowirusa. Już myślałam, ze wykpimy się stanem wojennym, ale nie,nie, nie, to by było za proste i za mało traumatyczne. Nie wiem, jak się to wszystko tym razem skończy, zdaję sobie sprawę z tego, ze po 14 dniach kwarantanny na pewno pandemia nie zniknie i domyślam się, ze tej kwarantanny to my jeszcze trochę zaliczymy. Ale mimo, ze jestem w grupie wysokiego ryzyka (stara, schorowana), to i tak się „cieszę”, ze jest to pandemia a nie wojna. Przede wszystkim dlatego, ze ten wirus raczej nie zabija dzieci, a wojna owszem. Poza tym wolę, ze moim wrogiem jest wirus, bo jest bardziej „sprawiedliwy”, niż człowiek. Moim zdaniem los i tak nas łagodniej potraktował. niż naszych dziadków i rodziców... Koniec wieści dziwnej treści, ja się akurat takim tematami nie dołuję, bo…

Jest, jak jest...

Obraz
Poprzedni wpis kończyłam stwierdzenie, ze jest mi lepiej i chyba będzie dobrze.
Ku lepszemu szło jeden dzień, a potem zaczęło się dziać źle a nawet bardzo źle.
I gdyby to nie było w połowie lutegoa teraz, to byłabym pewna, ze zaraziłam się koronawirusem, bo objawy miałam identyczne, a przewód pokarmowy zbuntował się zupełnie.
Przez dwa dni nie jadłam zupełnie nic a i piłam mało co, więc „moja” lekarka skierowała mnie do szpitala by włączyć żywienie pozajelitowe.
A mnie wtedy włączył się sprzeciw – „nie idę do żadnego szpitala, jak mam zejść, to zejdę w domu na swoim łóżku”.
Nie wiem co mnie wtedy opętało, nigdy nie „bałam” się szpitala, dla mnie to miejsce dobrze znane, gdzie wielokrotnie ratowano mi życie.
A wtedy - NIE, NIE, NIE!
Sprawę rozwiązała synowa, która podjęła się przyjeżdżać do mnie i podłączać mi zaordynowane kroplówki.
I tak przez trzy dni żyłam na kroplówkach, a potem wiadomo, najpierw kleiki, potem sucharki, buliony, zupki przecierane jak dla niemowlaka…
Ta głodówka nie była dl…

Serduszka?... Nie, gwiazdy ... w oczach...

Walentynki można obchodzić różnorako i na wiele sposobów.
Można romantycznie, trzymając się z lubym za rączki w kawiarni lub w domu w otoczeniu kwiatów, prezentów i różnorakich gadżetów, którymi w tym okresie rynek nas zasypuje.
Można przesłać ukochanej osobie życzenia na kartce, mailem, sms-em, można przesłać telefonicznie muzyczną dedykację – co komu fantazja podpowie.
Można być antywalentynkowym i ten dzień z czerwonymi serduszkami zignorować, a nawet wyśmiać.
Można, tak jak ja, spędzać w toalecie klęcząc przed muszlą klozetową i „rozmawiać” z nią w języku marsjańskim. Strasznie strułam się antybiotykiem, który dostałam od dentysty jako lek osłonowy po wszczepieniu implantu. Ostatni raz byłam taka chora pół wieku temu, jak nadużyłam wina domowej roboty;). Teraz już mi nieco odpuszcza, ale w nocy i do południa to był Armagedon. Czuję się jak stary, kiszony ogórek;).

Godzina "zero";).

Szukam zajęcia co by nie myśleć i się nie bać, ale jakoś mi to nie wychodzi.
Boję się.
Bo to dzisiaj ma mi pogrzebać w paszczy i wstawić implant dentysta.
Dziwne jest to moje „banie się”, bo wstawienie implantu to dla mnie nie piewszy raz i „czas był przywyknąć”.
Ale…
Po pierwsze, będzie to robił chirurg, którego nie znam.
Gdyby to był, ten co zawsze, to nie byłoby problemu.
Niby ten nowy na pierwszy rzut oka jest sympatyczny, ale jak to skwitował mój Ślubny – dentysta nie ma cię zabawiać a ma ci zrobić dobrze;))).
A po drugie (i to mnie właśnie bardzo niepokoi) uprzedzono mnie, ze być może trzeba będzie u mnie podnieść zatokę, a jest to ponoć zabieg nie bolesny, ale bardzo nie przyjemny.
I co sobie o tym pomyślę, to żołądek podchodzi mi do gardła, a jelita skręcają się w chińskie zera.

Poza tym pod koniec tygodnia miałam zająć się Wiktorią (wszak są ferie), ale nic z tego, u córki w domu szpital.
Jeszcze w niedzielę dzieci były ze swoim tatą na basenie, potem u nas na obiedzie i pod wieczór po…

"Randki" z Eskulapem;).

Przez ostatnie trzy miesiące byłam pewna, że panuje nam pora roku zwana jesienią.
Dziwne, że mego przekonania nie zmieniła nawet choinka, która przypadkiem przewinęła się w międzyczasie przez moje mieszkanie 😉.
Dopiero przedwczorajszy opad śniegu, który trwał raptem pół dnia uświadomił mi, ze jest zima 😄.
Ale już wczoraj i dzisiaj znowu zapanowała jesień….
Po prawdzie mnie tam wszystko jedno, ale dzieci żal, bo jak tak dalej pójdzie, to za kilka lat maluchy nie będą wiedziały do czego służą sanki.
Tak mi się o tym pomyślało, bo dzisiaj wnuczka zapytała mnie, co będziemy robić w ferie.
No właśnie, co ja mam na ten czas wymyślić?

Popsuły mi się okulary do dali.
Ponieważ za naprawę zawołali tyle, jak za zboże, pomyślałam sobie – już pięć lat nie byłam u okulisty więc może najpierw pójdę na wizytę, bo być może trzeba będzie okulary zmienić mimo, ze okulary spełniają swoje zadanie.
I się okazało, ze nie tylko trzeba okulary zmienić, ale także zapisać się w kolejkę na operację zaćmy.
Nie wiem jakim…

Traktat o siekaniu cebuli.

Było to … nie tak dawno temu. Rzecz działa się zaledwie w wigilię ostatnich świąt Bożego Narodzenia. Zabiegana kobieta poprosiła swego męża o pomoc. Ten zaś miał w planach całkiem coś innego niż włączenie się w przygotowanie do świąt. Mianowicie planował, tak jak to od lat czynili pobratymcy jego gatunku, zniknąć z domu, by nie przeszkadzać kobietom w czynieniu ich powinności. Jako że, kobieta głos miała udręczony i obłęd w oczach, zgodził się na pomoc. Miał pokroić cebulę w kosteczkę. No to pokroił … A może posiekał… Właściwie to pociapał na części… Ale pomógł? Pomógł!!! …. I dopiero wtedy wyniósł się z domu. Łaskawca! Kiedy kobieta zobaczyła dzieło swego męża …zaniemówiła. I to na kilka godzin. Dzięki temu kolacja wigilijna minęła w spokoju i bez awantury. Mowa kobiecie wróciła, jak wyszli wszyscy goście, ale wtedy na krzyki i pretensje nie miała już siły. Ale ta pociapana cebula była kroplą, która się przelała. Po świętach kobieta zapytała swego mężczyzną, dlaczego tak niechlujnie podszedł do zadan…

PESEL przekora;).

Obraz
Według PESEL jestem stara. Wiem o tym i jakoś dotąd nie spędzało mi to snu z oczu. Mentalnie wieku nie czułam, bo ruchowo jestem bardzo sprawna, intelektualnie - też nie mogą narzekać. Oprócz tego, ze na wszelkie działania muszę mieć więcej czasu, to nic się od pół wieku nie zmieniło – wszystko robiłam tak samo, tylko w wolniejszym tempie, nie mniej wszystko miałam pod kontrolą i wszystko mieściło się w planie. Teraz zaczyna się to zmieniać, teraz wyraźnie bardzo brakuje mi czasu i zdarza mi się zawalać sprawy, co dotąd mi się nie zdarzało. Fakt, nabrałam na siebie zbyt dużo zobowiązań, ale … trudno mi odmówićbliskim wykonania np. albumu, skoro bardzo lubię to robić, choć jest to niesamowity pożeracz czasu. Fakt, ze od początku stycznia opiekuję się sąsiadem, który bardzo zaniemógł. Ma co prawda rodzinę, ale broni się rękami i nogami od ich pomocy. I wcale mu się nie dziwię, bo przeszedł z nimi krzyż pański, córka nigdy nie miała dla niego czasu a „kochani wnukowie” chcieli umieścić dziadka w…