Posty

Jak wygląda sytuacja...

Obraz
No więc sytuacja wygląda tak – wizyta kontrolna u lekarza odbębniona, z uwagi, ze wszystkie wyniki mam w miarę dobre, następna za pół roku. Mammografia wykonana.

Co prawda nie na takim urządzeniu jak wyżej, ale w pewnym momencie jak mi „bufor” ścisnęli tak, że mi świeczki w oczach się zapaliły, to pomyślałam, ze wolałabym być badana w sposób przedstawiony na zdjęciu.
Wynik dobry, nie mniej jeszcze półtora roku mam być pod ścisłą kontrolą.
Dzisiaj jeszcze odpoczywam po tym lekarskim maratonie i rozpieszczam trochę Vicię 🐈, bo biedaczka ciężko zniosła mój pobyt w sanatorium. Przestała jeść, pić i albo spała albo miauczała bardzo żałośnie. Ślubny się wystraszył, ze kot nie dożyje mojego powrotu i pojechał z nią do zaprzyjaźnionego weterynarza. Ten powiedział mu, ze kot tęskni i albo ja mam wrócić, albo ma mi kota zawieść do sanatorium. Całe szczęście, ze było to w czwartek, a ja wracałam w sobotę. Od mojego powrotu z kotem jest dobrze, fakt, ze jak tylko usiądę, to okupuje mi kolana, ale jak wyc…

W grudniu jak po grudzie...

Obraz
Ikroopka pyta się w komentarzu, czy przypadkiemzaraz po powrocie z sanatoriom nie zabrałam się za porządki ;). Nie Ikroopko, miałam na to co prawda ochotę, ale czekały na mnie inne prace „nie cierpiące zwłoki”. Zbliżał się Adwent, więc robiłam dla wnucząt kalendarze adwentowe. Co prawda w zakupach drobiazgów córka mnie wyręczyła i „wkłady” kupiła, ale pakowanie i ozdabianie to już była moja działka. No więc przez kilka dni pakowałam i ozdabiałam 48 pakunków. Poza tym musiałam wskoczyć w tory codziennych obowiązków. bo czas sanatoryjny, kiedy podawano mi jedzenie pod nos, się skończył.
A to po dwóch tygodniach wolności „od obowiązków” jest dość trudne. I dopiero będąc w domu docenia się uroki pobytu w sanatorium. Skończyłam wreszcie robić kartki świąteczne, teraz tylko muszę je wypisać i wysłać. Szło mi to jak krew z nosa, chociaż zaczęłam je kleić pod koniec września ledwo się z nimi wyrobiłam;(. A tak sobie obiecałam, ze tym razem robię kartki łatwe i proste. I takie są, ale kartki nie skomp…

Ku końcowi.

Obraz
Leopold Kozłowski - wspaniały pianista, kompozytor, popularyzator kultury żydowskiej w Polsce i ostatni klezmer Galicji” od września tego toku wita kuracjuszy na deptaku przed Sanatorium Wojskowym w Busku Zdroju. Miejsce pomnika kompozytora i dyrygenta nie jest przypadkowe – to właśnie tu przez wiele lat muzyk przyjeżdżał podreperować swoje zdrowie.
Pana Leopolda pamiętam doskonale, chyba z dwa razy siedziałam z nim na posiłkach przy jednym stole.
Był przemiłym starszym panem i wspaniałym gawędziarzem.
Wielokrotnie nasze stolikowe towarzystwo kelnerki przeganiały ze stołówki, bo wszyscy już dawno wyszli, tylko my siedzieliśmy i słuchaliśmy jego opowieści.
Miał bardzo trudne życie, w czasie wojny stracił całą swoją rodzinę, sam przebywał w getcie i obozie pracy z którego uciekł, dzięki czemu uratował życie.

Relaksujący weekend minął, nastała proza życia – dalsze prace pod samymi oknamiprzy budowie drogi ewakuacyjnej trwają.
Plus zabiegi (niektóre bardzo nie lubiane) nie wpływają dobrze n…

Bardzo udany weekend.

Obraz
Wczoraj i dziś gentlemeni od piekielnych maszyn remontowych nie pracowali.
Była więc cisz i spokój, dziś rano mogła dłużej  pospać, do tego przepiękna pogoda na spacery i bardzo miłe towarzystwo.
Czego chcieć więcej?
Chciałoby się powiedzieć - chwilo trwaj.
Ale nie jestem naiwna i wiem, że od jutra zacznie się budowa drogi, a więc hałas i kurz, no i zabiegi, które są bardzo mi potrzebne, ale w tym roku wyjątkowo dają m w kość. 
Ale co by się nie działo, od jutra już leci "z górki" i jakoś to przeżyję;).
Na razie Moi Mili oddalam się na kolację, bo po długim spacerze zgłodniałam, a po powrocie z kolacji (jak mi Internet pozwoli) odwiedzę Was i poczytam, co w świecie słychać:).



Wczoraj i dziś.

Obraz
Tak było wczoraj...

Czterech supermenów (jeden uciekł z kadru) ze swymi tupoczącymi maszynami pracowali od 7.00 do 16.00, na szczęście z przerwami (krótkimi, ale jednak;).

A tak jest dzisiaj.

Dzisiaj tuptacze przesunęli się dalej, ale na ich miejsce przyszli zadymiarze, którzy tną płyty na krawężniki drogi. Bo ma to być droga p/pożarowa.
Nie wiem co lepsze, czy wczorajszy hałas, czy dzisiejszy kurz.
Jako, ze zabiegi mam tym razem niezbyt logicznie zaplanowane, to właściwie ciągle wędruję i mało mnie jest w pokoju.
Po obiedzie idę na spacer i wracam, kiedy panowie kończą.
Wstaję o siódmej, więc nie jestem wyrywana ze snu armagedonem.
Nie narzekam więc zbytnio na te utrudnienia.
Ale od poniedziałku mam zmieniony plan zabiegów, w związku z czym więcej czasu będę spędzać w pokoju i najważniejsze - mogę śmiało pospać do 8.15. 
Jeżeli więc panowie nie ogarną się przez dzisiaj i jutro na tyle, ze przesuną się z pracami dalej od moich okien to...
To będzie mały sabotażyk (dzięki Myszko za podpowiedź) we…

Czas było przywyknąć...

Mija trzeci dzień mojego pobytu tutaj, drugi dzień zabiegów. W domu od dłuższego czasu sobie „ruchowo” folgowałam , więc teraz po średnio intensywnych ćwiczeniach mam zakwasy jakbym przebiegła nieomal Maraton;). Próbowałam to trochę „rozchodzić” i prawie trzy godziny włóczyłam się po tym rozkopanym parku. Czy pomoże zobaczę jutro, albo będę chodziła jak człowiek, abo też jak nasz praprzodek, na czworakach. A poza tym żałuję, ze jednak nie uciekłam pierwszego dnia do domu, mając w nosie to całe leczenie.
Przyjeżdżam do tego sanatorium od dwudziestu lat, kiedyś dwa razy w roku, teraz raz w roku. Polubiłam to miejsce za profesjonalizm, dobrą jakość opieki lekarskiej, dużą wiedzę i uczciwość zawodową rehabilitantów, smaczne i zdrowe posiłki i miłą atmosferę. Od dawna szwankowała organizacja przyjmowania pacjentów, więc zawsze nie lubiłam pierwszego dnia pobytu. Psioczyłam na to, ale przechodziłam nad tym do porządku dziennego i co roku wybierałam się na leczenie. No, ale się zepsuło - wszystko. A w…

Nie najlepszy początek.

Obraz
Od wczoraj jestem w sanatorium w Busku. Podróż w strugach deszczu i od lat nie rozwiązana kwestia związana ze sprawnym przyjęciem, zakwaterowaniem, przydzieleniem lekarza prowadzącego itp., nie wspominając już o sensownym rozplanowaniu zabiegów spowodowało, ze po rozpakowaniu się padłam jak pies Pluto i przespałam całe popołudnie. Nie zdarza mi się sypiać w dzień, więc noc miałam koszmarną – nie mogłam spać a nie byłam na tyle „trzeźwa” by zapalić światło i czytać książę. Dzisiaj popełniłam ten sam błąd co wczoraj - po śniadaniu wzięłam się za czytanie książki „Jutro nadeszło” Marty Kijańskiej, na leżąco, i też nie wiem kiedy mi się zasnęło. Obudziłam się przed czternastą, tak, ze ledwo zdążyłam na obiad. Po obiedzie poszłam na dwugodzinny spacer, by przewietrzyć trochę głowę, ale i tak mam wątpliwości czy tej nocy pośpię normalnie. Dalej ruszamam się jak „mucha w smole” więc poprosiłam pielęgniarkę, by zmierzyła mi ciśnienie. Ma 100/60, więc wszystko jasne, nieco za niskie nawet jak dla mn…