Szczerbaty uśmiech soboty.

Pogoda znowu dokłada do pieca. Siedzę więc pokoju ze spuszczonymi żaluzjami, włączonym wentylatorem, kubkiem wystygłej kawy i przeglądam co tam na you tubie u moich ulubionych youtuberek. Magda z kanału „kawa po turecku” nagrała fajny filmik pt. R azem z turecką rodzinką robimy aż 10 kg tureckiego makaronu erişte jako zapasy na zimę!” Tak sobie oglądam, a myślami przeniosłam się przeszło pół wieku wstecz. Nasza gosposia w ten sam sposób robiła makaron - ugniatała, wałkowała (innym, niż ten turecki, tradycyjnym, polskim wałkiem), podsuszała, kroiła i suszyła. Oczywiście nie takie duże ilości, bo zazwyczaj zapasy robiła na 1-2 tygodnie. My, dzieci dostawałyśmy małe kawałki makaronowego ciasta, posypywaliśmy je wtedy cukrem, składaliśmy razem, rozwałkowaliśmy i piekliśmy "podpłomyki" na blasze kuchennej. Wyglądało to jak maca, tylko było słodkie. Jestem ciekawa, czy moim wnukom by to smakowało. Starszy syn lubił te placuszki, córka nie miała oka...